sobota, 5 stycznia 2019

Witamy Nowy Rok!


Na początek Nowego Roku informacja o premierze książki Hugona Bettauera Prawo pięści.



Z przyczyn obiektywnych, oczywiście niezależnych od nas, premiera premierowego wydania książki została przesunięta na początek 2019 roku. O dokładnym dniu wydania poinformujemy w oddzielnym wpisie. Dlatego proszę śledzić nasz blog regularnie. 

czwartek, 6 grudnia 2018

Czas na świąteczne promocje

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia i rozpoczęcia Nowego Roku przedłużamy do końca stycznia 2019 roku promocję na książkę Hugona Bettauera Morderca kobiet. Książkę można kupić TU




Książka bezpośrednio od tłumacza w najniższej cenie. Doskonały prezent dla najbliższych. Mamy wyjątkową okazję otrzymać również autograf autora przekładu tej powieści. Bezpłatny fragment książki znajdziesz  TU.

Zapraszamy i życzymy miłej lektury przy świątecznym stole...🎄🎄🎄


sobota, 1 grudnia 2018

Tak sobie siedzę i myślę...

... i wymyśliłem, żeby poprawić dotychczasowy projekt okładki książki Prawo pięści Hugona Bettauera. Tak, to ta, która ma się wkrótce ukazać! Jaki był rezultat, przedstawiam poniżej. I tak oto powstał zupełnie nowy projekt 😃. 

A teraz pytanie do czytelników: który projekt podoba się Wam bardziej? Wiem, że nie znając treści książki, trudno jest oceniać jej okładkę. Wkrótce, równo z premierą, pojawi się dość obszerny, bezpłatny fragment tej powieści. Skrócony opis książki można znaleźć TU.

       
Projekt nr 1
Projekt nr 2

Swoje głosy i opinie możecie zostawić w komentarzach. Z góry dziękuję!



wtorek, 27 listopada 2018

Hugo Bettauer - notka historyczna


Dziś prezentujemy pełne przygód, burzliwe życie Hugona Bettauera - austriackiego pisarza, dziennikarza i scenarzysty. 


Maximilian Hugo Bettauer urodził się 18 sierpnia 1872 roku w Baden koło Wiednia w rodzinie maklera giełdowego Arnolda (Samuela Arona) Betthauera. Miał dwie starsze siostry: Herminę (Michi) i Mathilde. W roku szkolnym 1887-1888 rozpoczął naukę w Gimnazjum im. Franciszka Józefa (Franz-Josef-Gymnasium) w Wiedniu. Jego kolegą szkolnym był późniejszy znany dramaturg, poeta i pisarz Karl Kraus. W wieku szesnastu lat młody Bettauer, jeszcze jako uczeń gimnazjum, uciekł do Afryki, skąd został odesłany do kraju przez austriackiego konsula. Dwa lata później, po zdaniu matury został dziennikarzem w redakcji „Neues Wiener Journal”. 

Hugo Bettauer (1872-1925)
fot.  Wilhelm Willinger (1920)
źródło: de.wikipedia.org

W 1890 roku przeszedł na protestantyzm (ewangelicyzm) i zmienił nazwisko z Betthauer na Bettauer. Następnie jako ochotnik wstąpił do Tyrolskiego Pułku Strzelców Cesarskich, skąd w wyniku konfliktu z dowódcą zdezerterował po pięciu miesiącach i wyjechał do Szwajcarii. Tam też, po śmierci ojca w 1896 roku odziedziczył znaczny majątek. W Zurychu poślubił swoją młodzieńczą miłość Olgę Steiner i po śmierci matki, w 1899 roku wyemigrował z małżonką do Nowego Jorku. W USA uzyskał obywatelstwo amerykańskie, ale po kilku miesiącach, z powodu braku zatrudnienia małżeństwo zdecydowało się na powrót do Niemiec. W 1899 roku Bettauerowie zamieszkali w Berlinie, gdzie urodził się ich pierwszy syn Heinrich Gustav Hellmuth. Bettauer pracował w tym czasie jako dziennikarz w redakcji gazety „Berliner Morgenpost”, gdzie opisywał liczne skandale miejscowych urzędników państwowych. W 1901 roku, po wykryciu korupcji w Hoftheater, którego dyrektor popełnił samobójstwo, Bettauer został osadzony na 25 dni w więzieniu, a następnie zmuszony do opuszczenia kraju. Jesienią 1901 roku wyjechał do Hamburga. Tam po rozwodzie z Olgą Steiner poznał swoją drugą żonę, szesnastoletnią wówczas Helene Müller. W 1904 roku wraz z nową narzeczoną wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. W czasie podróży statkiem do Nowego Jorku ożenił się ze swoją ukochaną, która jeszcze w tym samym roku urodziła syna Reginalda Parkera. W Nowym Jorku Bettauer pracował jako reporter, a także aktywnie uczestniczył w akcjach pomocy humanitarnej głodującym mieszkańcom Wiednia. W roku 1910 powrócił do Wiednia, gdzie rozpoczął pracę w redakcji „Neue Freie Presse”. Po wybuchu I wojny światowej zgłosił się do wojska, jednak nie przyjęto go ze względu na posiadane amerykańskie obywatelstwo. Jego bardzo wysokie mniemanie o własnej osobie przekształcało się często w zbytnią arogancję. Kiedy przekazano mu, jako korespondentowi wojennemu używaną maszynę do pisania, oburzony Bettauer wyrzucił ją na śmietnik.

W tym czasie zaczął pisać powieści. Rocznie ukazywało się 4-5 tytułów. Bettauer specjalizował się w kryminałach, w których szeroko opisywał sytuację społeczeństwa. Książki zyskały ogromną popularność głównie dzięki temu, że ich akcja rozgrywała się w różnych miejscach: Wiedniu, Berlinie i Nowym Jorku. Najbardziej znaną powieścią Bettauera jest Miasto bez Żydów, napisana w 1922 roku. Bettauer ukazał w niej, jaki los spotkałby mieszkańców Wiednia, gdyby wszyscy Żydzi zostali zmuszeni do opuszczenia miasta. W ten sposób poruszył temat coraz mocniej rozwijającego się antysemityzmu. Sam autor wierzył jednak w pokojowe współżycie wszystkich religii. Swoją powieść zakończył chrześcijańskim życzeniem, aby dla zapewnienia dalszego rozwoju miasta ponownie sprowadzić ludność żydowską.

Strona tytułowa czasopisma "Er und Sie" z 1924 r.
Żródło: de.wikipedia.org
Od 1924 roku był współwydawcą czasopisma „Er und Sie. Wochenschrift für Lebenskunst und Erotik”, które kontynuowało późnej działalność pod nazwą "Tygodnik Bettauera" („Bettauers Wochenschrift”). Czasopismo regularnie wywoływało skandale, zamieszczając treści nowatorskie i odważne obyczajowo. Bettauer opowiadał się w swoich artykułach m.in. za prawem do rozwodu, przerywania ciąży i zwolnieniem z kary za homoseksualizm dorosłych obywateli. Z powodu jego demaskujących liczne nieprawidłowości w działaniach ówczesnej władzy artykułów oraz propagowania swobody seksualnej, Bettauer stał się przedmiotem powszechnej dyskusji. Przeciwnicy starali się go zdyskredytować, określając jego działalność „dziennikarstwem z rynsztoka”. Eskalacja konfliktu doprowadziła do konfiskaty wydawanego przez niego czasopisma. Następnie wytoczono mu proces, który doprowadził do powszechnych gróźb i nawoływań do dokonania morderstwa jego osoby. Bettauer został w procesie uniewinniony i kolejne wydanie jego czasopisma osiągnęło rekordowy nakład 60 tysięcy egzemplarzy. W 1925 roku, po wielotygodniowej kampanii prasowej wymierzonej przeciwko Bettauerowi, pisarz został ciężko raniony sześcioma strzałami z pistoletu przez młodego narodowego socjalistę Ottona Rothstocka, chcącego – jak twierdził – ocalić kulturę niemiecką przed „żydowską degeneracją”. Wydarzenia miały miejsce w redakcji czasopisma. Bettauer zmarł w szpitalu w wyniku odniesionych ran 26 marca. w wieku 52 lat. Sprawcę czynu okrzyknięto bohaterem i choć austriacki sąd uznał go za winnego zabójstwa, skierowano go na leczenie do kliniki psychiatrycznej, skąd po 18 miesiącach został zwolniony.

              Pośmiertna maska Hugon Bettauera 
              wykonana przez rzeźbiarza Alexandra Jaray'a
              fot. Wilhelm Willinger; źrodlo:de.wikipedia.org 


piątek, 16 listopada 2018

Wyłowione w sieci ...


Serfując w sieci znaleźliśmy bardzo ciekawy blog Intensywnie kreatywna. To blog nie tylko dla miłośniczek i miłośników książek ale także dla wszystkich tych osób, które starają się spędzać wolny czas w nieszablonowy i twórczy sposób. Sierpniowy artykuł autorka poświęciła książkom wartym przeczytania podczas wakacyjnej kanikuły. Wśród nich znalazła się też książka  Hugona Bettauera. Więcej można znaleźć TU


Dziękujemy i polecamy się na przyszłość. 

piątek, 9 listopada 2018

Bezpłatny fragment powieści kryminalnej Hugona Bettauera "Morderca kobiet"

Dziś publikujemy bezpłatny fragment powieści kryminalnej Morderca kobiet napisanej przez Hugona Bettauera  w 1922 roku. 

Hugo Bettauer Morderca kobiet

ROZDZIAŁ 1
MÜLLER, MÖLLER, JENSEN I PFEIFFER
— Drogi Krause, musi pan wyjaśnić całą tę sprawę! Zbieg okoliczności? Nie, nie wierzę i pan w to także nie wierzy, o ile mogę to wyczytać z pańskiej kamiennej twarzy! W ciągu sześciu tygodni znikają cztery kobiety, pozostawiając cały swój dobytek, wszystkie w wieku od dwudziestu dwóch do dwudziestu sześciu lat, bardzo atrakcyjne i każda z nich znika z podejrzanym narzeczonym. Nie, drogi Krause, to nie jest zwykły przypadek! Tu chodzi o przestępstwo! Musimy szybko odnaleźć tego drania.
Krause zamglonymi, zmęczonymi oczami przyglądał się szefowi policji kryminalnej w Berlinie, doktorowi Clusiusowi. Po chwili, bladymi, drżącymi ustami stwierdził:
— Panie doktorze, proszę się nie denerwować! To nie dobrze, bo kiedy jest pan zdenerwowany, nie uda się panu przedstawić jasno całej sytuacji. Czy mógłbym więc prosić, aby w spokoju opowiedział mi pan, co do tej pory udało się ustalić? Dlaczego nagle pojawia się przerażający zwyrodnialec i porywa młode kobiety?
Okrągła twarz wysokiego urzędnika policji kryminalnej zaczerwieniła się, ponieważ w słowach Krausego wyczuł lekką ironię. Zaczesał energicznie posiwiałe włosy i przekartkował leżące przed nim dokumenty.
— Znowu jest pan nieznośny, Krause! Zresztą, jak pan chce! Proszę więc notować, a ja opowiem panu wszystko dokładnie.
Krause nawet nie drgnął.
— Pan doktor raczył zapomnieć, że nigdy nie robię notatek, ponieważ miałem dosyć czasu, aby doskonalić swoją pamięć.
Doktor Clusius podniósł głos.
— Tak jest, panie von Krause. Pozwoliłem sobie zignorować ten fragment pańskiego życiorysu. A więc dobrze, może pan nie notować, ale proszę już usiąść i nie doprowadzać mnie do rozpaczy. Jak już panu mówiłem, do komendy policji w ostatnich tygodniach wpłynęły cztery zawiadomienia o zaginięciu młodych kobiet.
Chodzi o następujące przypadki: Kobieta, jak wynika z formularza meldunkowego — Trude Müller z Berlina — dwadzieścia trzy lata, wynajęła w dniu pierwszego czerwca pokój u wdowy Wendler, zamieszkałej przy ulicy Waterloo-Ufer pod numerem sześć. Młoda dama wyglądała na miłą osobę, której można zaufać. Oznajmiła, że jest nauczycielką i zamierza wkrótce wyjść za mąż. Trude Müller opłaciła czynsz za pokój za cały miesiąc. Szóstego lipca powiedziała swojej gospodyni, że musi wyjechać w krótką podróż z narzeczonym. Zamierza on nabyć pewną posiadłość nad Hawelą niedaleko miejscowości Ketzin i chciałby ją obejrzeć przed zawarciem umowy kupna. Panna Müller miała przenocować w Ketzinie, u ciotki swojego narzeczonego i jutro, najpóźniej pojutrze, powrócić. Kobieta spakowała szybko podręczną torbę i przedstawiła pani Wendler kandydata na męża, który właśnie przyjechał taksówką. Mężczyzna nazywał się podobno Schollern albo Schullern, nosił binokle i według gospodyni był wysokim szczupłym blondynem w wieku około trzydziestu lat. Panna Müller niestety nie powróciła i szesnastego lipca gospodyni Wendler złożyła zawiadomienie o zaginięciu, na które w tamtejszej komendzie policji nie zwrócono większej uwagi. Pozostawiona przez pannę Müller tekturowa walizka jest do dziś zamknięta i obecnie znajduje się w depozycie komendy policji.
Drugi przypadek: Piątego lipca w pensjonacie pani Zinkenbach, przy ulicy Nürnbergerstrasse, zjawiła się młoda dziewczyna i wynajęła pokój z całodziennym wyżywieniem. Wprowadziła się dziesiątego lipca i wypełniła bardzo pośpiesznie formularz meldunkowy, podając się za Gretę Möller, urodzoną w Hamburgu, lat dwadzieścia pięć. Już dwa dni później, rankiem, poinformowała pokojówkę, że wyjeżdża na dwa dni, aby ze swoim narzeczonym obejrzeć dom na sprzedaż nad Hawelą. Samego narzeczonego, który przybył taksówką, nikt, poza portierem, nie widział, a ten z kolei wspomniał tylko o blondynie z binoklami na nosie. Także panna Möller nie pojawiła się nigdy więcej.
Trzeci przypadek: Piętnastego lipca panna Anna Maria Jensen, również urodzona w Hamburgu, dwadzieścia cztery lata, wynajęła skromny pokój w pensjonacie dla cudzoziemców pani Lestikow przy ulicy Motzstrasse. Opowiedziała jej, że właśnie wróciła z Ameryki i poszukuje w Berlinie pracy jako pomoc domowa. Kilka dni później zwierzyła się pani Lestikow, że poznała pewnego mężczyznę, który sprawiał wrażenie godnego zaufania. Był on młodym, zamożnym, wykształconym przyrodnikiem i planował zakup nieruchomości w okolicach Berlina, aby w spokoju tam osiąść i prowadzić swoje badania. Dwudziestego pierwszego lipca panna Jensen wróciła późno wieczorem do domu i z podnieceniem zwierzyła się pani Lestikow, która akurat jeszcze nie spała, że zaręczyła się z owym przyrodnikiem i następnego dnia zamierza udać się z nim w podróż do miasteczka Ketzin nad Hawelą, aby obejrzeć znajdujący się w tamtej okolicy dom z ogrodem. Mężczyzna, który zabrał pannę Jensen następnego dnia około godziny dziesiątej przed południem, widziany był przez panią Lestikow. Przedstawił się jej jako doktor Schindler. Mówił niewiele i bardzo się spieszył. Był szczupłym blondynem z binoklami na nosie. Panna Jensen, mimo że ona także opłaciła pokój z góry i pozostawiła cały swój bagaż, więcej się nie pojawiła.
Czwarty i ostatni przypadek: Käthe Pfeiffer, urodzona w Bawarii, miejscowość nieznana, dwadzieścia pięć lat, urzędniczka, wynajęła dwudziestego lipca umeblowany pokój u wdowy Klappholz przy ulicy Krummenstrasse w dzielnicy Charlottenburg. Pani Klappholz bardzo rzadko widywała swoją lokatorkę, która całymi dniami przebywała poza domem. Dwudziestego piątego lipca panna Käthe Pfeiffer opuściła o godzinie szóstej rano swój pokój, pozostawiając następujący list:

Droga Pani Klappholz!

Wyjeżdżam na dwa dni, ponieważ mój narzeczony zamierza kupić willę nad Hawelą, którą chciałby oczywiście obejrzeć przed zakupem. Wrócę najpóźniej pojutrze. Proszę zwrócić uwagę, aby nic nie zginęło z mojego pokoju.

Serdecznie pozdrawiam
Käthe Pfeiffer

Narzeczonego panny Pfeiffer nikt nie widział. Ona zaś nie wróciła i pani Klappholz zgłosiła zaginięcie piątego sierpnia, a więc dokładnie przed tygodniem.
Doktor Clusius westchnął, rozprostował nogi, podsunął Krausemu cygara, zapalił jedno z nich i powiedział:
— Skończyłem i rzeczywiście będę zdziwiony, jeśli zapamiętał pan to wszystko. A teraz, drogi Krause, co pan o tym sądzi?
Krause poruszył się w końcu. Wstał, podszedł do okna, rzucił spojrzenie na Alexanderplatz. Na zewnątrz spostrzegł dwie otyłe kobiety, które zajęte plotkowaniem wymachiwały komicznie koszykami na zakupy. Sytuacja ta wydała mu się wielce zabawna. Odwrócił się od okna, podczas gdy jego wychudzona, wręcz wysuszona twarz, która ostrym haczykowatym nosem przypominała oblicze jakiegoś aktora, dżokeja albo nieco zdegenerowanego arystokraty, pokryła się tysiącem zmarszczek i bruzd. Po chwili monotonnym i beznamiętnym tonem, jakby chodziło o pytanie o pogodę, rzekł:
— Zapamiętałem każdy szczegół i nie było to wcale trudne, ponieważ w otrzymanych z poszczególnych rewirów policyjnych raportach brakuje akurat wielu istotnych elementów. A co ja o tym sądzę? Na pierwszy rzut oka mogłoby tu chodzić właściwie o cztery takie same zbrodnie, popełnione przez jedną i tę samą osobę.
Nadkomisarz berlińskiej policji kryminalnej przyglądał się z zainteresowaniem temu wysokiemu mężczyźnie. Ubrany całkowicie na szaro wyglądał zupełnie przeciętnie.
— Wyraża się pan bardzo ostrożnie, Krause! „Na pierwszy rzut oka… Mogłoby…”. Chce pan więc zająć się tą sprawą?
— Z pewnością. Jest ona na tyle poważna, że wzbudziła moje zainteresowanie.
Doktor Clusius uśmiechnął się i skinął z zadowoleniem głową.
— W porządku, od czego więc zaczniemy?
— To jest całkiem oczywiste, panie doktorze! Jutro przed południem musimy mieć w tym pokoju wszystkie pozostawione rzeczy zaginionych kobiet, ich formularze meldunkowe, a także cztery gospodynie, u których zamieszkiwały zaginione, oraz tego portiera z Nürnbergerstrasse. Już teraz obawiam się paplaniny tych czterech bab! Ale musimy to jakoś przeżyć. Później zabieram się do roboty!
Słowa: „Zabieram się do roboty” spodobały się szefowi policji nadzwyczajnie, aż zatarł ręce z zadowolenia. „Zabieram się do roboty” — oznaczało u Krausego przemianę z apatycznego zrzędy w kierowcę samochodu wyścigowego. I rzeczywiście, ruszył gwałtownie, jak sportowe auto z ogromną liczbą koni mechanicznych pod maską. Nie zawsze zaczynał tak gwałtownie, ale jeśli już podejmował działania, to pracował pełnią swoich zmysłów oraz całym intelektem.
ROZDZIAŁ 2
JOACHIM VON DENGERN, ALIAS KRAUSE
Doktor Wilhelm Clusius nie wyróżniał się niczym szczególnym spośród innych doświadczonych komisarzy z dużych miast, a swego pełnego sukcesów życiorysu nie zawdzięczał jakimkolwiek wybitnym cechom, lecz raczej wzorowej wierności obowiązkom, nienagannemu trybowi życia i nadzwyczajnemu poczuciu taktu, dowiedzionemu przy okazji licznych, często zagmatwanych afer rozgrywających się w kręgu osób z wyższych sfer. Z kolei Krause w żaden sposób nie przypominał tych policjantów, których nazywa się zwyczajowo detektywami. A jego kariera zawodowa oraz życiorys były już całkiem niespotykane. Nieliczni wtajemniczeni wiedzieli o nim niewiele więcej, niż to, że Krause nie nazywał się w rzeczywistości Krause, lecz było to tylko przybrane nazwisko. Nigdy nie było też mu pisane samodzielnie ścigać przestępców wyłącznie zza biurka. Zawsze używał do tego wszelkich dostępnych sił i środków. W czerwonej kamienicy przy Alexanderplatz więcej niż pozostali wiedział o nim jedynie doktor Clusius. Może dlatego bardzo cenił tego, zachowującego się czasami niezbyt taktownie, detektywa. Okazywał mu przy tym ogromny szacunek i podziw, jak żadnemu innemu człowiekowi z grona swoich zawodowych i osobistych znajomych.
Krause był człowiekiem nieszczęśliwym i miał skazę na życiorysie, od której nie mógł się uwolnić. W rzeczywistości nazywał się Joachim von Dengern i pochodził z dość zamożnej, a przez to równie wytwornej rodziny. W młodości odbył rok służby w regimencie kawalerii armii pruskiej, następnie uzyskał stopień podporucznika rezerwy, zaś po ukończeniu wydziału prawa i zdaniu egzaminu na aplikację, został przyjęty do kancelarii jednego z najbardziej uznanych berlińskich adwokatów — radcy prawnego Rodenbacha. Joachim von Dengern był młodym prawnikiem. Miał na Pomorzu brata, właściciela majątku ziemskiego, który dzięki małżeństwu stał się bardzo bogaty. Joachim żył beztrosko, wydawał na młode, miłe dziewczęta więcej pieniędzy, niż posiadał i dlatego od czasu do czasu był zmuszony pożyczać duże sumy od swojego o dziesięć lat starszego brata. Często pojawiał się w biurze lub sądzie zbyt późno, do tego skacowany — krótko mówiąc, żyło mu się całkiem nieźle, nie gorzej niż wielu innym młodym aplikantom, którzy mieli „von” przed nazwiskiem i starali się w pełni korzystać z życia, zanim trafią pod opiekuńcze skrzydła przyszłej małżonki.
Aż do czasu, gdy pewnego dnia wydarzyło się coś nieoczekiwanego i przerażającego. Radca prawny Rodenbach przy okazji jednej ze spraw otrzymał na przechowanie kilka milionów marek niemieckich w gotówce. Całą kwotę złożył w stalowej kasie pancernej w obecności swojego młodego aplikanta Joachima von Dengerna. Stwierdził przy tym, że bardzo nieostrożnie jest przechowywać takie sumy w biurze, tym bardziej, że kasa pancerna była już bardzo stara i nie sprawiłaby większego problemu początkującemu włamywaczowi. Z uwagą tą zgodził się z obowiązku Joachim von Dengern, myśląc przy tym, że byłoby wspaniale posiadać część tej kwoty, choćby ze względu na własne, duże potrzeby finansowe… Tego dnia pracownicy kancelarii adwokackiej mieli mnóstwo pracy, która z punktu widzenia referendarzy mogła poczekać do jutra. Natomiast według radcy Rodenbacha należało ją koniecznie wykonać jeszcze dziś. Joachim musiał więc pracować po godzinach. Został sam w biurze, gdyż radca wybrał się do Opery Królewskiej a pozostali, mniej obarczeni obowiązkami współpracownicy, udali się do domów. Joachim pracował jeszcze kilka godzin. Po skończonej pracy dokładnie zamknął drzwi kancelarii a klucze, jak zwykle w takich sytuacjach, zabrał ze sobą. Drugi zestaw kluczy posiadał stary służący August, który codziennie rano sprzątał pomieszczenia biurowe. Radca Rodenbach zawsze nosił przy sobie trzeci komplet.
Następnego dnia, kiedy Joachim von Dengern pojawił się w pracy po nocnej popijawie blady i wyraźnie zmęczony, zastał w biurze ogromny bałagan. Stało się najgorsze! Kasa pancerna została rozpruta przy użyciu prymitywnych narzędzi, a jej cenną zawartość zrabowano.
Doktor Clusius, wtedy jeszcze zwykły komisarz policji kryminalnej, rozpoczął śledztwo i już po niecałej godzinie znał rozwiązanie. Tylko aplikant Joachim von Dengern mógł być sprawcą! Tylko on wiedział o milionach marek w kasie pancernej, tylko on pozostał sam w kancelarii. To on wiedział, że w przedsionku na zakurzonej szafie z aktami spraw znajdowała się skrzynka z narzędziami, przy użyciu których, co zostało bezsprzecznie dowiedzione, został wyłamany zamek w kasie pancernej. Poza tym: Dengern był zadłużony, na kolejny list do swojego brata z prośbą o pożyczkę otrzymał stanowczą odmowę, to on prowadził hulaszczy tryb życia — krótko mówiąc jego aresztowanie było całkowicie uzasadnione. Jak bardzo uzasadnione okazało się, gdy po dokonaniu rewizji osobistej w kieszeni jego futra znaleziono plik banknotów stutysięcznych. Szybko sprawdzono, że numery banknotów zgadzały się z numerami tych, które radca Rodenbach otrzymał poprzedniego dnia w depozyt.
Joachim von Dengern na próżno zaklinał się przed sędzią śledczym, a później także przed ławą przysięgłych, że nie ma pojęcia, skąd wzięły się tysiące marek w kieszeniach jego palta. Na próżno zapewniał, że jest niewinny. Zebrany przez doktora Clusiusa materiał dowodowy był zbyt mocny i Dengern został skazany na cztery lata ciężkiego więzienia. Hardo, ale z godnością, jak na człowieka o silnym charakterze przystało, zachował się w tym czasie starszy brat Joachima. Na rozpaczliwy list młodszego brata, w którym przysięgał swoją niewinność na pamięć zmarłych rodziców i męską godność, odpowiedział stanowczymi słowami: Nie nękaj mnie już więcej swoimi listami, które z odrazą biorę do rąk. Ja już nie mam brata! Mój brat zmarł tego dnia, kiedy hańbą okrył moje nazwisko!
Trzy lata pobytu w ciężkim więzieniu — ze względu na dobre sprawowanie karę zmniejszono o rok — Joachim von Dengern spędził na klejeniu papierowych toreb, oprawianiu książeczek modlitewnych i dziurkowaniu cholewek w butach. I cały czas myślał, zarówno podczas pracy w ciągu dnia, jak i nocami, gdy więzienie wypełniało się strasznymi snami osadzonych mężczyzn. Cały czas myślał o tym samym: w jaki sposób zgromadzę i połączę fakty, przypuszczenia, drobne zdarzenia, aby stały się one dowodami mojej niewinności?
Ponieważ więźniowie nie posiadali dostępu do papieru, w myślach układał treść pisma w sprawie postępowania odwoławczego, które zamierzał wnieść. Pismo to stawało się coraz obszerniejsze i wkrótce liczyło ponad sto stron maszynopisu. Joachim mógł je w każdej chwili zacytować z pamięci.
Po trzech latach pobytu w więzieniu Joachim von Dengern odzyskał wolność. Posiadał jedynie zaoszczędzone dawniej kilkaset marek niemieckich oraz kilka złotych drobiazgów, które natychmiast spieniężył. Następnie podjął się pewnych działań, o których przeczytać można tylko w powieściach kryminalnych. Wniknął całkowicie w prywatne życie swojego byłego szefa — radcy prawnego Rodenbacha. Zagłębił się w jego przeszłość, śledził żonę, dzieci i pomoc domową. W końcu odkrył, komu handlarz starzyzną sprzedał starą kasę pancerną, która po pamiętnej aferze została odkupiona za niewielkie pieniądze od radcy prawnego. Następnie wkradł się we względy innego drobnego handlarza, który nabył tę kasę pancerną i w sobie tylko wiadomy sposób wszedł w posiadanie narzędzia, którym podczas rabunku wyłamano zamek kasy. Później przebierał się za posłańca, odgrywał rolę pośrednika ubezpieczeniowego oferującego polisy na życie i ubezpieczenia od pożaru. Dzięki temu poznał uroczą Lolitę z Teatru Bizancjum, oświadczył się jej i został przyjęty. Do swoich dalszych działań wykorzystał jej naiwność oraz pieniądze pochodzące ze sprzedaży kosztowności nowej narzeczonej. Za resztę swego majątku wynajął pewną starą wróżkę, która przychodziła do Lolity i wróżąc z kart, przepowiadała jej różne historie, wydobywając przy tym określone informacje. A kiedy zostało mu już tylko pięć marek, pojawił się pewnego dnia kredowobiały, z mnóstwem zmarszczek na twarzy, przed powołanym na stanowisko szefa policji kryminalnej doktorem Clusiusem i rzucił mu na biurko plik stu pięćdziesięciu kartek maszynopisu, krzycząc przy tym:
— Proszę natychmiast aresztować tego starego łajdaka Rodenbacha, który wtrącił mnie do więzienia, aby ukryć swoje złodziejstwo!
Następnie upadł i stracił przytomność.
Radca prawny Rodenbach zastrzelił się, zanim założono mu na ręce kajdanki, a kilka tygodni później na sali sądowej w dzielnicy Moabit odczytano pismo odwoławcze Joachima von Dengern. Setka świadków potwierdziła prawdziwość przedstawionych tam dowodów. Sąd wydał nowy, uniewinniający wyrok. Joachim Dengern, obecnie ponownie Joachim von Dengern, został okrzyknięty przez obserwujących rozprawę wielkim bohaterem. Jego postawę szeroko opisywała i wychwalała miejscowa prasa. Najbardziej podziwiał go jednak doktor Clusius. Od władz państwowych Joachim otrzymał pokaźną rekompensatę, która miała wynagrodzić mu wyrządzoną krzywdę odpowiednią sumą pieniędzy z pozostałego po radcy prawnym spadku. Było to odszkodowanie za niewinne skazanie i odbycie kary ciężkiego więzienia. Jego brat przesłał mu depeszę z serdecznymi gratulacjami, które niedawny więzień zachował wyłącznie dla siebie.
Od tej pory Joachim von Dengern stał się innym człowiekiem. Wyprowadził się na przedmieścia, stronił od ludzi, unikał wszelkich spotkań z dawnymi przyjaciółmi. Pił dużo i często. Powoli kończyły mu się pieniądze. Pewnego dnia zupełnie przypadkowo spotkał w jednej z winiarni doktora Clusiusa. Mocno zmieszany, z powodu swojej poprzedniej fatalnej pomyłki, komisarz poprosił Joachima, aby dotrzymał mu towarzystwa przy stoliku. Clusius natychmiast rozpoznał pełen niepokoju nastrój wtedy już trzydziestosześcioletniego mężczyzny i nagle coś go tknęło. Była to chęć niesienia pomocy, jaka czasami nachodzi człowieka, ot tak, sama z siebie. Rzekł:
— Wstąp do nas! Podejmij pracę w imię prawdy i sprawiedliwości! Udowodniłeś przecież, że tkwi w tobie geniusz detektywa, jakiego nie ma nigdzie na świecie, wliczając w to także tego mądralę Sherlocka Holmesa!
I wtedy, po raz pierwszy od wielu lat, po zmęczonej twarzy Joachima przemknął skromny uśmiech. Po chwili zastanowienia mocno uścisnął dłoń komisarza.
Od tamtej pory Joachim von Dengern pracował w policji berlińskiej jako detektyw pod przybranym nazwiskiem Krause. Osiągał ogromne i liczne sukcesy, które przeszły najśmielsze oczekiwania zarówno doktora Clusiusa, jak i samego naczelnika komendy głównej policji. Od pięciu lat powierzano mu najtrudniejsze, najbardziej skomplikowane przypadki i o ile nie zostały przekroczone granice ludzkich możliwości, zawsze osiągał sukces. Sensacyjna zbrodnia na księżnej H. dokonana przez jej własną córkę, międzynarodowe fałszerstwo pieniędzy, gdzie w grę wchodziły miliardowe kwoty, wykrycie bandy „Zielonych Braci” — pod taką nazwą szajka włamywaczy przez wiele lat nieprzerwanie uprawiała swoje „rzemiosło” — te i setki innych przestępstw, o których wtajemniczeni szeptali, kiedy Krause po cichu kroczył korytarzami komendy głównej policji, zostało przez niego wykrytych.
I ten oto Krause zabierał się właśnie do pracy, aby wyjaśnić mroczne, wielokrotne morderstwo. Morderstwo, które wkrótce miało stać się sensacją w całych Niemczech.
ROZDZIAŁ 3
CZTERY KOBIETY BEZ ŻADNEJ RODZINY
Podczas gdy doktor Clusius z groźną miną przesłuchiwał równocześnie cztery kobiety, Krause grzebał w walizkach, torbach i koszykach zaginionych dziewcząt. To, co opowiadały cztery poruszone, stojące przed poplamionym atramentem biurkiem kobiety, zdawało się nie interesować go w ogóle. Nerwowe spojrzenia, jakie rzucał mu szef, obchodziły go równie mało. Podobnie jak głośne pochrząkiwania Clusiusa.
— Cztery toboły i cztery historie — pomyślał Krause.
— Nędzna czarna walizka, zniszczona torba z płótna żaglowego, słomiany pognieciony kosz, torba ze sztucznej skóry z niewiele wartą zawartością w postaci taniej bielizny, przepoconych bluzek i zużytych butów są historiami ich życia. Ziemskie pozostałości biednych, głupiutkich dziewcząt, które w obłędnym strachu przed staropanieństwem i niezaspokojonym dążeniem do miłości, życia we dwoje oraz macierzyństwa, dają się uwieść pierwszemu lepszemu łajdakowi. Następnie zostają przez niego zamordowane gdzieś w głębi lasu albo na odludnym brzegu rzeki, czując aż do ostatnich swych chwil pełną słodyczy tęsknotę za lepszym życiem.
Gdy Clusius zakończył przesłuchiwanie ostatniej z kobiet — wdowy Klappholz z dzielnicy Charlottenburg — Krause odwrócił się i wtrącił:
— Moje miłe panie, zrekapituluję teraz krótko to wszystko, co nam panie przekazały.
— Podsumuję — przerwał mu szef z wysoko podniesionymi brwiami, który nie znosił obco brzmiących słów.
— A więc nie zrekapituluję, a podsumuję — uśmiechnął się złośliwie Krause.
— Na początek panna Trude Müller, która u pani, pani Wendler, zamieszkiwała. Średniego wzrostu, szczupła, mówiąca językiem literackim z berlińskim akcentem, szatynka a la Cléo de Mérode, piękne zęby, duże oczy o kolorze, który trudno było pani określić. Sympatyczna dziewczyna o uderzającej urodzie, z pozoru bliskiej ideałowi. Ona najwięcej opowiedziała pani o swoim narzeczonym. Widziała go pani tylko jeden raz, także on wywarł na pani doskonałe wrażenie. Był przystojnym, gładko ogolonym mężczyzną o jasnych włosach, noszącym binokle.
Na te słowa wszystkie cztery kobiety skinęły głowami i dało się słyszeć „tak, tak” w różnych tonacjach głosów.
— O bliskich osobach z Berlina albo innych miast, o przyjaciółkach i znajomych Trude Müller nic panie nie wiedzą?
— Nie — odpowiedziała pani Wendler.
— Ta biedna panienka, nic nie mówiła o sobie, stale tylko o swoim narzeczonym, tym draniu, i teraz jej zwłoki pływają gdzieś w wodzie, a ten łotr zabawia się z inną dziewczyną, którą później… oooch… oooch… zamorduje!
Pani Wendler szlochała, pozostałe trzy kobiety rozpłakały się, a ronda ich kapeluszy zafalowały jak na wietrze.
— U pani, pani Zinkenbach, zaginiona Grete Möller z Hamburga mieszkała tylko trzy dni. Dziewczęce warkocze w kolorze jasnego brązu, zjawiskowa uroda, wyraźny hamburski akcent. Także ona opowiadała o narzeczonym, z którym miała wybrać się na wycieczkę nad Hawelę. Ona również została zabrana przez narzeczonego, ale widział go tylko portier. Zaprośmy więc tego mężczyznę.
Portier Zimmermann z ulicy Nürnbergerstrasse, wszedł do gabinetu. Krause skinął ręką i zanim jego szef przejął przesłuchanie, zapytał:
— Ten mężczyzna, z którym piątego lipca panienka, mieszkająca u pani Zinkenbach, odjechała, był blondynem i nosił krótką bródkę, nieprawdaż?
Zimmermann zaprzeczył gwałtownie.
— Nie, o ile dobrze pamiętam, jego twarz była gładko ogolona, tak jak u tych głupich Anglików.
Krause przytaknął z uśmiechem.
— Nosił okulary albo binokle?
— Binokle, o ile się nie mylę.
— Czy mógłby pan dodać coś jeszcze?
— Nic, co miałoby znaczenie. Wyglądał na sympatycznego faceta i dał mi pięć marek, abym tej panience, która zaginęła, potrzymał torebkę, gdy wsiadała do taksówki.
— W porządku, może pan odejść.
— U pani, pani Leistikow, mieszkała panna Annemarie Jensen, także z Hamburga. Rudawe włosy, gładko uczesana, szczupła, binokle, bezbłędna niemczyzna. Była rozmowna, bardzo dużo opowiadała o swoim adoratorze, który był przyrodnikiem, a wieczorem przed odjazdem oznajmiła, że zaręczyła się i chciała jechać wraz z narzeczonym do Ketzina, aby obejrzeć tam dom. Opisała swojego narzeczonego tak samo, jak inne kobiety. Tak, więc mamy tu bez żadnych wątpliwości do czynienia z tym samym osobnikiem. Natomiast u pani, pani Klappholz, mieszkała panna Käthe Pfeiffer pochodząca z Bawarii. Widziała ją pani może dwa czy trzy razy i do tego w kapeluszu, tak więc nie wie nawet, czy była blondynką, czy brunetką. Mówiła południowoniemieckim dialektem, a o swoim wyjeździe poinformowała panią w pozostawionym liście. A teraz, moje panie, proszę, abyście zastanowiły się intensywnie, pardon, głęboko, czy nie zauważyły u tych w tak intrygujący, to znaczy tajemniczy sposób zaginionych lokatorek, czegoś szczególnego? Może jakieś znamię, określony gest, nietypowe słowo albo też jakiś szczegół w ubiorze?
Kobiety milczały, starały się widocznie coś sobie przypomnieć, aż w końcu głos zabrała pani Lestikow:
— Tak jest, panie inspektorze, coś mi wpadło w oko, a raczej mojej Minni, która jest służącą. Panna Jensen miała takie śliczne małe stopy, które zazwyczaj są ogromną rzadkością u kobiet pochodzących z Hamburga. Pewnego razu Minni przyniosła mi buty panny Jensen, które ta wieczorem pozostawiła przed drzwiami, i powiedziała:
— Madame, proszę spojrzeć na te buciki! Jak dla dziecka!
— Panna Müller, o ile dobrze pamiętam, także miała dziecięce stopy — dodała nieco obruszona pani Wendler.
W tym czasie Krause wygrzebywał różne przedmioty z torby, którą pozostawiono w mieszkaniu pani Lestikow i w końcu, jakby przez przypadek, wyciągnął mało elegancką czarną podkolanówkę a potem zaczął przyglądać się kobiecym pantofelkom.
— I jeszcze coś, moje panie. Czy któraś z pań zapytała albo dowiedziała się, w jaki sposób wasza lokatorka poznała tego narzeczonego?
Znowu zgłosiła się pani Lestikow, która miała przygotowaną odpowiedź.
— Tak, tego wieczora, kiedy opowiedziała mi o swoich zaręczynach, zapytałam ją, w jaki sposób poznała właściwie tego narzeczonego. Tak, przypominam sobie teraz, że panna Jensen wtedy właśnie zmieszała się nieco… Powiedziała mi, że był to całkiem śmieszny przypadek i po chwili mówiła już o czymś innym.
Cztery kobiety, wzburzone i czerwone na twarzy, z godnością opuściły gabinet, a doktor Clusius ponownie pozostał sam na sam z inspektorem Krause.
— I co teraz? — zapytał w napięciu.
Krause rzucił okiem raz jeszcze na cztery, leżące przed nim formularze meldunkowe oraz na list panny Pfeiffer. Koślawe, proste i naiwne, gotyckie albo łacińskie, nabazgrane, niewyraźne litery tańczyły mu przed oczami. Zmarszczki na twarzy jeszcze się pogłębiły, po czym rozprostowały i pogłębiły ponownie. Ruszył żwawym krokiem, co chwila wkładając lub wyciągając ręce z kieszeni, i rozpoczął swoją przemowę.
— To jest naprawdę najtrudniejszy przypadek, jaki dotychczas mi pan powierzył, panie doktorze. Znikają cztery kobiety, każda z nich posiada najpospolitsze, najczęściej spotykane nazwisko, takie, że nie można wymyślić już nic bardziej banalnego. Müller, Möller, Jensen, Pfeiffer! Takich nazwisk można spotkać dziesiątki tysięcy w całych Niemczech. Żadna z nich nie podała wcześniejszego adresu, żadna nie opowiadała nic o przyjaciółkach czy też najbliższych. Dalej, wszystkie zdawały się być dosyć dobrze lub bardzo dobrze wykształconymi osobami, ale żadna z nich nie posiadała kosztownych przedmiotów. Zresztą na biedne też nie wyglądały, mimo niewielkiej wartości pozostawionych rzeczy. O tym, że nie były wcale tak ubogie, świadczy fakt, iż, jak opowiadała każda z gospodyń, posiadały one albo kolczyki albo piękne pierścionki, a jedna z nich nawet złoty zegarek z bransoletą, inna zaś broszkę z brylantem.
— Jakie wnioski wyciąga pan z tych faktów?
— Ogólnie rzecz biorąc, mimo dużego podobieństwa tych relacji można dojść do wniosku, że jest to całkowity przypadek. W rzeczywistości jednak te typowe, banalne nazwiska, brak najbliższych krewnych w Berlinie, skromne środki do życia i dobre maniery, mogłyby być sprzyjającymi okolicznościami, które uczyniły je ofiarami jakiegoś szaleńca.
— Nie bardzo rozumiem!
— Ależ to proste, panie doktorze! Idealny narzeczony zaręczał się tylko z kobietami, które nie miały bliższej rodziny, nosiły zwyczajne nazwiska i posiadały trochę oszczędności oraz biżuterii. Z jednej strony mógł liczyć na łatwy łup, z drugiej zaś czuł się dużo pewniej, że nie zostanie odkryty wiążąc się z nimi, niż gdyby uczynił to z mieszkankami Berlina.
— I co teraz, panie Krause?
— Następne kroki, panie komisarzu, należą do pańskich urzędników. Ogłoszenia o poszukiwanych osobach w prasie berlińskiej, hamburskiej i bawarskiej, które mogą przynieść jakieś informacje o zaginionych, informacje o wysokich nagrodach, poszukiwania w Ketzinie i okolicy oraz sprawdzenie list pasażerów na statkach transatlantyckich w celu odnalezienia panny Jensen, która jakoby miała wrócić wiosną z Nowego Jorku. W tym czasie ja będę miał coś innego do załatwienia. W każdym razie proszę wezwać do siebie jeszcze dziś reporterów ze wszystkich gazet, aby za ich pośrednictwem poinformować opinię publiczną. Kto wie, być może pojawią się następne zgłoszenia o zaginięciach albo natrafimy na nowe, ważne ślady. Oczywiście należy też wystawić list gończy za tym jasnowłosym Schullerem, Schullernem czy Schindlerem w binoklach.
Doktor Clusius podskoczył nerwowo.
— Krause, ta historia wywoła ogromną burzę, która nas porwie i zmiecie z powierzchni ziemi, jeśli niczego się nie dowiemy. Znowu zmuszony jestem całkowicie polegać na panu.
ROZDZIAŁ 4
SELMA COHEN — PIĄTA ZAGINIONA
Szef policji kryminalnej miał całkowitą rację w swoich przypuszczeniach. Sensacja, jaka wybuchła po ujawnieniu informacji o zaginięciu bez śladu czterech młodych kobiet, była ogromna. Fakt, że o samych dziewczętach niewiele było wiadomo oraz tajemnica, jaką okrywał się tajemniczy blondyn w binoklach, a także możliwość, że wśród jego ofiar mogły być jeszcze inne kobiety — wszystko to wywoływało emocje, rozpalało wyobraźnię, stało się codzienną lekturą całkowicie pochłaniającą mieszkańców Berlina.

Koniec bezpłatnego fragmentu. Aby kupić książkę, kliknij TU


czwartek, 8 listopada 2018

W grudniu 2018 roku ma się ukazać kolejna powieść kryminalna Hugona Bettauera Prawo pięści.




Prawo pięści to polska premiera powieści kryminalnej Faustrecht, napisanej przez Hugona Bettauera w 1920 roku. To już druga powieść tego skandalizującego austriackiego pisarza, która ukazuje się w ostatnim czasie w polskim przekładzie. Pierwsza – Morderca kobiet – ukazała się w 2017 roku.

Prawo pięści to z jednej strony powieść kryminalna o wielowątkowej akcji, rozgrywającej się początkowo w Wiedniu a później w Stanach Zjednoczonych, z drugiej zaś to także opowieść o przyjaźni dwóch oficerów, którzy w jednej jednostce wojskowej przeżyli piekło pierwszej wojny światowej. Po zakończeniu wojny los przeznaczył im w życiu zupełnie inne role. Jeden z nich wspina się wytrwale po szczeblach kariery w policji kryminalnej, drugi zostaje poczytnym dziennikarzem. Bettauer w swojej powieści odważnie jak na tamte czasy porusza temat miłości dwóch kobiet do mężczyzny, która szybko przeradza się w nietypowy związek. Obie kobiety zostają zamordowane w luksusowej willi na przedmieściach  Wiednia a ich kosztowności zrabowane. Śledztwo obejmuje jeden z przyjaciół a drugi na łamach gazety relacjonuje i ocenia postępy śledztwa. Autor podsuwa czytelnikom kilka tropów wiodących do rozwiązania zagadki podwójnego morderstwa a następnie sam zaczyna poddawać je w wątpliwość. W ten sposób zachęca czytelnika do wspólnego rozwiązywania tej interesującej intrygi kryminalnej. Obok zmiennej a przez to intrygującej akcji powieść przedstawia wiernie nakreślony obraz czasów po pierwszej wojnie światowej, gdy w krótkim okresie cesarski Wiedeń przeradza się w stolicę Republiki austriackiej. Książka Bettauera przypomina swoją budową i fabułą typowe kryminały wielkich angielskich pisarzy z ubiegłego wieku. Powieści kryminalne Hugona Bettauera były w ostatnich latach wielokrotnie wznawiane w wielu krajach, gdzie cieszyły się ogromnym uznaniem czytelników. Główną inspiracją tłumacza powieści była chęć przedstawienia polskiemu czytelnikowi tej mało znanej i równocześnie nieco zapomnianej twórczości Hugona Bettauera.   

Wkrótce więcej informacji.